Wywiad dla Gazety Wyborczej przeprowadzony przez Radosława Leniarskiego
Paryż, mistrzostwa świata, chód na 50 km. Ucieka Pan z Niemcem Andreasem Ermem. Zostało jeszcze 10 kilometrów do mety. Wydaje się, że ma Pan złoto w kieszeni, ale niespodziewanie zaczyna się thriller. Atakują Rosjanie, German Skurygin...
...zbliżał się do mnie w piekielnym tempie. Na każdym nawrocie widziałem, że jest coraz bliżej.
Był Pan przygotowany na atak?
Widziałem, że z tyłu, za mną, toczą się jakieś rozmowy. To Aleksiej Wojewodin ustalał ze Skuryginem wspólną taktykę. Bardziej obawiałem się Wojewodina niż Skurygina. Wojewodin rok wcześniej, na mistrzostwach Europy w Monachium, był tuż za mną.
Przyszedł kryzys?
Raczej psychologiczny niż fizyczny. Musiałem podjąć decyzję, jak odpowiedzieć na atak.
Jakieś pięć kilometrów przed metą Skurygin zbliżył się do Pana na sześć sekund. Obawialiśmy się, że Pana doścignie.
Ja już się zastanawiałem, jak się zachowam, kiedy mnie dogoni. Liczyłem na swój finisz. Ale w końcu zagrałem va banque. Zanim Skurygin mnie doszedł, skontrowałem jego atak. Nie wiedziałem, czy Rosjanin się przestraszy, nie wiedziałem, czy sam przetrzymam to kontruderzenie.
Po porażce Skurygin powiedział: Korzeniowski to wielki sportowiec, wielki człowiek. A Pan miał swoich sportowych idoli?
Kiedy zaczynałem treningi, nawet mi do głowy nie przyszło, żeby się utożsamiać z Bronisławem Malinowskim czy z Władysławem Kozakiewiczem, którzy wtedy zdobywali złote medale. Jeszcze parę lat wcześniej w ogóle nie mogłem brać udziału w lekcjach wf. Na początku roku po prostu przynosiłem zwolnienie lekarskie na cztery, pięć miesięcy.
Potrójny mistrz olimpijski i mistrz świata był chorowitym dzieckiem?
Zaczęło się od zagrożenia astmą w wieku trzech lat. Brałem leki hormonalne. Skutkiem ubocznym terapii był gigantyczny apetyt. Bardzo utyłem. Potem napadły mnie chroniczne anginy. Pierwszej nabawiłem się na obozie harcerskim. Potem przychodziły co miesiąc, co sześć tygodni. Pomiędzy atakami choroby miałem nieustannie podwyższoną temperaturę, 37,2-37,4 st. Byłem osłabiony, ale i tak między anginami rodzice nie potrafili mnie powstrzymać - jeździłem na rowerze, biegałem po podwórku, a potem znów pół miesiąca spędzałem w łóżku. Zaczynały mnie już pobolewać stawy, kolana, łokcie. To rozwijała się choroba reumatyczna. Rodzice się jej nie domyślali. Sądzili, że jestem po prostu zmęczony częstymi anginami. Ale kiedy diagnoza lekarska okazała się jednoznaczna, zrobili wszystko, żebym stanął na nogi. Długi czas spędziłem w sanatorium. Cierpiałem, bo nie mogłem jak inne dzieciaki jeździć na nartach. Dla mnie była tylko gimnastyka korekcyjna. Choroba reumatyczna z reguły kończy się uszkodzeniem mięśnia sercowego. To było bardzo realne zagrożenie. Wskaźniki chorobowe (ASO) wielokrotnie przekraczały normy. Co dziesięć dni brałem silny zastrzyk debycylinowy. Ostatni atak choroby nastąpił, gdy miałem 13 lat. Do uszkodzenia serca nie doszło.
Rodzice nie bali się, że choroba wróci, kiedy zaczął Pan trenować?
Powoli się przyzwyczajali. Zaczynałem od judo dwa, trzy razy w tygodniu. To było w tym czasie, kiedy w Polsce trwało szaleństwo popularności wschodnich sztuk walki po "Wejściu smoka" z Bruce'em Lee.
Ale nie został Pan judoką.
Naprawdę chciałem. Był 1982 rok, stan wojenny, klub TKKF-u w Tarnobrzegu. Z wielkim trudem zdobyliśmy tatami, planowaliśmy zawody. Ale naszą stuosobową grupę stanowczo za często odwiedzali tajniacy. Nie podobało im się, że młodzież masowo uczy się technik walki. Trener dostał reprymendę, nie organizowano nam obozów sportowych, potem zaczął się remont sali i już nigdy nas do niej nie wpuszczono. Zapisałem się więc na lekką atletykę. Biegałem. Co jakiś czas zwiększałem dystans o kilometr. Ani się spostrzegłem, kiedy mogłem przebiec dziesięć kilometrów! Pamiętam, że przychodziłem na trening w starych, cerowanych w kroku spodniach od dresu, swetrze i pękniętych w poprzek pepegach, które rodzice kupili na kartki.
Były bąble i odciski?
Oczywiście. Trenowałem w butach firmy Polsport, które miały np. gwoździki w wewnętrznej wkładce. Kiedy startowałem w moich pierwszych zawodach w Lublinie, najpierw robiły mi się na stopach pęcherze wielkości fasoli, a potem te gwoździki je przebijały. W trakcie wyścigu nawet tak bardzo nie bolało. Dopiero gdy ściągałem but, zobaczyłem zmasakrowaną stopę i pomyślałem: "O rany, ale sobie narobiłem". W tamtych czasach przerywaliśmy trening wtedy, gdy któryś z zawodników krzyknął, że nie ma już skóry na stopach. Nasze poobijane, pokrwawione i poobcierane stopy moczyliśmy po prostu w soli i nikt się bólem specjalnie nie przejmował. Nie wiedzieliśmy, że może nie boleć. Pamiętam zawodnika, który przyjechał na obóz do Kobylej Góry z foliowymi workami, które wkładał, zanim założył dziurawy but. To też była norma.
Pamięta Pan swoje pierwsze wyczynowe buty?
Czechosłowackie maraton pantery. Przywiózł mi je mój przyjaciel Adam Maślanka wiosną 1986 roku. Kosztowały 6 tys. zł, przy czym średnia pensja wynosiła wtedy jakieś 10 tys. Miały dobry kształt, ale - jak wszystko za socjalizmu - szybko się rozleciały.
Co to znaczy dobry kształt?
Buty chodziarza muszą być anatomiczne, doskonale dopasowane do kształtu stopy. Robi się je z siatek i ortalionów, żeby były lekkie i nie wchłaniały wody. Podeszwa jest twarda i sprężysta, choć bardzo cienka: zaledwie 1,5 cm na pięcie i 12 mm w śródstopiu. Ma delikatny, antypoślizgowy bieżnik. To właściwie takie sportowe pantofelki, które stały się ostatnio modne do dżinsów.
Co się z nimi dzieje po wyścigu na 50 kilometrów?
Jeśli ktoś się uprze, może w nich przejść jeszcze jedną pięćdziesiątkę. Ja jednak w tych samych butach startuję tylko raz, choć wcześniej sprawdzam je podczas trzech, czterech treningów. Po starcie na 50 km nadają się jeszcze do kilku treningów, potem są już zdeformowane, bieżnik starty... Pierwsze w pełni wyczynowe buty dostałem od Polskiego Związku Lekkiej Atletyki kilka miesięcy po tym, jak rozpadły mi się czeskie maratony, gdy jechałem na Zawody Przyjaźni do Neubrandenburga. Wcześniej widywałem je tylko w katalogach. Po każdym treningu czyściłem je, pieściłem i odstawiałem w pudełku na półkę. To było niemal mistyczne doświadczenie.
Ale zaraz, zaraz, przecież biegał Pan, nawet na dziesięć kilometrów. Skąd więc chód?
W sekcji było nas pewnie ze 30, spotykaliśmy się i ćwiczyliśmy różne lekkoatletyczne konkurencje. To był przypadek, że właśnie w chodzie odniosłem swój pierwszy sukces: brązowy medal na zawodach w tzw. makroregionie. Równie dobrze mogłem wystartować w zupełnie innej konkurencji. Ale sukces działa jak winda, tyle że w moim przypadku niewiele brakowało, a wylądowałbym zaledwie na pierwszym piętrze. Ten mój pierwszy medal dał mi kwalifikację do zawodów ogólnopolskich w Poznaniu. Byłem ostatni.
Ostatni?!
Pamiętam piekielny upał, startowałem w za dużych, pożyczonych butach, nie miałem pojęcia, czy polewać się wodą, czy pić w trakcie wyścigu, kiedy, ile... Zostałem zdublowany nawet przez przedostatniego zawodnika. Ale, kurczę, i tak mi się podobało. Może dlatego, że to były moje pierwsze wielkie, dobrze zorganizowane zawody: rok 1984, Spartakiada 40-lecia, Jaruzelski i Samaranch na trybunach. A do tego w nagrodę - oczywiście nie za ostatnie miejsce, ale za zakwalifikowanie się do spartakiady - pojechałem na obóz do Rumunii, nad morze. To był pierwszy i jedyny raz, kiedy byłem na mecie ostatni.
Co o tym zdecydowało?
Nie byłem przygotowany do takiego startu. Dopiero po tej poznańskiej klęsce zacząłem się przygotowywać do sezonu jak normalny lekkoatleta. Wcześniej trenerzy mówili: "No, idź", no to szedłem.
Zaczął więc Pan szlifować ten dziwaczny, kaczy chód. A nie można by chodzić jak na spacerze, tylko szybciej?
Chód nie został wynaleziony, żeby było śmieszniej. Proszę samemu spróbować rozwiązać takie zadanie: "idź jak najdłuższym krokiem, jak najkrótszą drogą, a do tego jak najszybciej".
Jaka jest odpowiedź?
Najkrótszą drogą będziesz szedł po linii prostej, a więc stawiając sto- pę przed stopą, a nie - jak zwykle - w lekkim rozkroku. Najdłuższy krok osiągniesz, stawiając na ziemi najpierw pięty. Jeśli dołożysz do te go wysoką częstotliwość kroku, to zaczniesz iść jak zawodowy chodziarz. Każdy z nas na co dzień chodzi nieekonomicznie. Chodziarze po prostu wykorzystują najdoskonalej prawa biomechaniki.
Ale czy nogi chodziarza muszą być tak sztywne?
A dlaczego sztywne? To tylko złudzenie, bo tak naprawdę wszystko opiera się na jak największym luzie. Kiedy pięta dotyka ziemi, musisz mieć wyprostowane kolana - wtedy twój krok będzie najdłuższy. Stopa chodziarza jest jak łódeczka, przetaczasz się przez nią.
Co to znaczy?
Nie ma żadnego uderzenia stopy o ziemię - nie usłyszysz nigdy kroku chodziarza. Jest tylko płynny, cykliczny ruch od pięty do czubków palców. W chodzie obowiązuje zasada, że zanim stopa w ruchu nie dotknie podłoża, tej drugiej nie wolno oderwać od ziemi. To oznacza, że w kluczowym momencie ruchu dotykasz gruntu czubkiem pięty jednej stopy i dużym palcem drugiej. Jest to możliwe tylko wtedy, jeśli barki pracują na jednym poziomie, a ramiona dynamicznie "pchają" chodziarza do przodu. Proszę samemu spróbować.
...zbliżał się do mnie w piekielnym tempie. Na każdym nawrocie widziałem, że jest coraz bliżej.
Był Pan przygotowany na atak?
Widziałem, że z tyłu, za mną, toczą się jakieś rozmowy. To Aleksiej Wojewodin ustalał ze Skuryginem wspólną taktykę. Bardziej obawiałem się Wojewodina niż Skurygina. Wojewodin rok wcześniej, na mistrzostwach Europy w Monachium, był tuż za mną.
Przyszedł kryzys?
Raczej psychologiczny niż fizyczny. Musiałem podjąć decyzję, jak odpowiedzieć na atak.
Jakieś pięć kilometrów przed metą Skurygin zbliżył się do Pana na sześć sekund. Obawialiśmy się, że Pana doścignie.
Ja już się zastanawiałem, jak się zachowam, kiedy mnie dogoni. Liczyłem na swój finisz. Ale w końcu zagrałem va banque. Zanim Skurygin mnie doszedł, skontrowałem jego atak. Nie wiedziałem, czy Rosjanin się przestraszy, nie wiedziałem, czy sam przetrzymam to kontruderzenie.
Po porażce Skurygin powiedział: Korzeniowski to wielki sportowiec, wielki człowiek. A Pan miał swoich sportowych idoli?
Kiedy zaczynałem treningi, nawet mi do głowy nie przyszło, żeby się utożsamiać z Bronisławem Malinowskim czy z Władysławem Kozakiewiczem, którzy wtedy zdobywali złote medale. Jeszcze parę lat wcześniej w ogóle nie mogłem brać udziału w lekcjach wf. Na początku roku po prostu przynosiłem zwolnienie lekarskie na cztery, pięć miesięcy.
Potrójny mistrz olimpijski i mistrz świata był chorowitym dzieckiem?
Zaczęło się od zagrożenia astmą w wieku trzech lat. Brałem leki hormonalne. Skutkiem ubocznym terapii był gigantyczny apetyt. Bardzo utyłem. Potem napadły mnie chroniczne anginy. Pierwszej nabawiłem się na obozie harcerskim. Potem przychodziły co miesiąc, co sześć tygodni. Pomiędzy atakami choroby miałem nieustannie podwyższoną temperaturę, 37,2-37,4 st. Byłem osłabiony, ale i tak między anginami rodzice nie potrafili mnie powstrzymać - jeździłem na rowerze, biegałem po podwórku, a potem znów pół miesiąca spędzałem w łóżku. Zaczynały mnie już pobolewać stawy, kolana, łokcie. To rozwijała się choroba reumatyczna. Rodzice się jej nie domyślali. Sądzili, że jestem po prostu zmęczony częstymi anginami. Ale kiedy diagnoza lekarska okazała się jednoznaczna, zrobili wszystko, żebym stanął na nogi. Długi czas spędziłem w sanatorium. Cierpiałem, bo nie mogłem jak inne dzieciaki jeździć na nartach. Dla mnie była tylko gimnastyka korekcyjna. Choroba reumatyczna z reguły kończy się uszkodzeniem mięśnia sercowego. To było bardzo realne zagrożenie. Wskaźniki chorobowe (ASO) wielokrotnie przekraczały normy. Co dziesięć dni brałem silny zastrzyk debycylinowy. Ostatni atak choroby nastąpił, gdy miałem 13 lat. Do uszkodzenia serca nie doszło.
Rodzice nie bali się, że choroba wróci, kiedy zaczął Pan trenować?
Powoli się przyzwyczajali. Zaczynałem od judo dwa, trzy razy w tygodniu. To było w tym czasie, kiedy w Polsce trwało szaleństwo popularności wschodnich sztuk walki po "Wejściu smoka" z Bruce'em Lee.
Ale nie został Pan judoką.
Naprawdę chciałem. Był 1982 rok, stan wojenny, klub TKKF-u w Tarnobrzegu. Z wielkim trudem zdobyliśmy tatami, planowaliśmy zawody. Ale naszą stuosobową grupę stanowczo za często odwiedzali tajniacy. Nie podobało im się, że młodzież masowo uczy się technik walki. Trener dostał reprymendę, nie organizowano nam obozów sportowych, potem zaczął się remont sali i już nigdy nas do niej nie wpuszczono. Zapisałem się więc na lekką atletykę. Biegałem. Co jakiś czas zwiększałem dystans o kilometr. Ani się spostrzegłem, kiedy mogłem przebiec dziesięć kilometrów! Pamiętam, że przychodziłem na trening w starych, cerowanych w kroku spodniach od dresu, swetrze i pękniętych w poprzek pepegach, które rodzice kupili na kartki.
Były bąble i odciski?
Oczywiście. Trenowałem w butach firmy Polsport, które miały np. gwoździki w wewnętrznej wkładce. Kiedy startowałem w moich pierwszych zawodach w Lublinie, najpierw robiły mi się na stopach pęcherze wielkości fasoli, a potem te gwoździki je przebijały. W trakcie wyścigu nawet tak bardzo nie bolało. Dopiero gdy ściągałem but, zobaczyłem zmasakrowaną stopę i pomyślałem: "O rany, ale sobie narobiłem". W tamtych czasach przerywaliśmy trening wtedy, gdy któryś z zawodników krzyknął, że nie ma już skóry na stopach. Nasze poobijane, pokrwawione i poobcierane stopy moczyliśmy po prostu w soli i nikt się bólem specjalnie nie przejmował. Nie wiedzieliśmy, że może nie boleć. Pamiętam zawodnika, który przyjechał na obóz do Kobylej Góry z foliowymi workami, które wkładał, zanim założył dziurawy but. To też była norma.
Pamięta Pan swoje pierwsze wyczynowe buty?
Czechosłowackie maraton pantery. Przywiózł mi je mój przyjaciel Adam Maślanka wiosną 1986 roku. Kosztowały 6 tys. zł, przy czym średnia pensja wynosiła wtedy jakieś 10 tys. Miały dobry kształt, ale - jak wszystko za socjalizmu - szybko się rozleciały.
Co to znaczy dobry kształt?
Buty chodziarza muszą być anatomiczne, doskonale dopasowane do kształtu stopy. Robi się je z siatek i ortalionów, żeby były lekkie i nie wchłaniały wody. Podeszwa jest twarda i sprężysta, choć bardzo cienka: zaledwie 1,5 cm na pięcie i 12 mm w śródstopiu. Ma delikatny, antypoślizgowy bieżnik. To właściwie takie sportowe pantofelki, które stały się ostatnio modne do dżinsów.
Co się z nimi dzieje po wyścigu na 50 kilometrów?
Jeśli ktoś się uprze, może w nich przejść jeszcze jedną pięćdziesiątkę. Ja jednak w tych samych butach startuję tylko raz, choć wcześniej sprawdzam je podczas trzech, czterech treningów. Po starcie na 50 km nadają się jeszcze do kilku treningów, potem są już zdeformowane, bieżnik starty... Pierwsze w pełni wyczynowe buty dostałem od Polskiego Związku Lekkiej Atletyki kilka miesięcy po tym, jak rozpadły mi się czeskie maratony, gdy jechałem na Zawody Przyjaźni do Neubrandenburga. Wcześniej widywałem je tylko w katalogach. Po każdym treningu czyściłem je, pieściłem i odstawiałem w pudełku na półkę. To było niemal mistyczne doświadczenie.
Ale zaraz, zaraz, przecież biegał Pan, nawet na dziesięć kilometrów. Skąd więc chód?
W sekcji było nas pewnie ze 30, spotykaliśmy się i ćwiczyliśmy różne lekkoatletyczne konkurencje. To był przypadek, że właśnie w chodzie odniosłem swój pierwszy sukces: brązowy medal na zawodach w tzw. makroregionie. Równie dobrze mogłem wystartować w zupełnie innej konkurencji. Ale sukces działa jak winda, tyle że w moim przypadku niewiele brakowało, a wylądowałbym zaledwie na pierwszym piętrze. Ten mój pierwszy medal dał mi kwalifikację do zawodów ogólnopolskich w Poznaniu. Byłem ostatni.
Ostatni?!
Pamiętam piekielny upał, startowałem w za dużych, pożyczonych butach, nie miałem pojęcia, czy polewać się wodą, czy pić w trakcie wyścigu, kiedy, ile... Zostałem zdublowany nawet przez przedostatniego zawodnika. Ale, kurczę, i tak mi się podobało. Może dlatego, że to były moje pierwsze wielkie, dobrze zorganizowane zawody: rok 1984, Spartakiada 40-lecia, Jaruzelski i Samaranch na trybunach. A do tego w nagrodę - oczywiście nie za ostatnie miejsce, ale za zakwalifikowanie się do spartakiady - pojechałem na obóz do Rumunii, nad morze. To był pierwszy i jedyny raz, kiedy byłem na mecie ostatni.
Co o tym zdecydowało?
Nie byłem przygotowany do takiego startu. Dopiero po tej poznańskiej klęsce zacząłem się przygotowywać do sezonu jak normalny lekkoatleta. Wcześniej trenerzy mówili: "No, idź", no to szedłem.
Zaczął więc Pan szlifować ten dziwaczny, kaczy chód. A nie można by chodzić jak na spacerze, tylko szybciej?
Chód nie został wynaleziony, żeby było śmieszniej. Proszę samemu spróbować rozwiązać takie zadanie: "idź jak najdłuższym krokiem, jak najkrótszą drogą, a do tego jak najszybciej".
Jaka jest odpowiedź?
Najkrótszą drogą będziesz szedł po linii prostej, a więc stawiając sto- pę przed stopą, a nie - jak zwykle - w lekkim rozkroku. Najdłuższy krok osiągniesz, stawiając na ziemi najpierw pięty. Jeśli dołożysz do te go wysoką częstotliwość kroku, to zaczniesz iść jak zawodowy chodziarz. Każdy z nas na co dzień chodzi nieekonomicznie. Chodziarze po prostu wykorzystują najdoskonalej prawa biomechaniki.
Ale czy nogi chodziarza muszą być tak sztywne?
A dlaczego sztywne? To tylko złudzenie, bo tak naprawdę wszystko opiera się na jak największym luzie. Kiedy pięta dotyka ziemi, musisz mieć wyprostowane kolana - wtedy twój krok będzie najdłuższy. Stopa chodziarza jest jak łódeczka, przetaczasz się przez nią.
Co to znaczy?
Nie ma żadnego uderzenia stopy o ziemię - nie usłyszysz nigdy kroku chodziarza. Jest tylko płynny, cykliczny ruch od pięty do czubków palców. W chodzie obowiązuje zasada, że zanim stopa w ruchu nie dotknie podłoża, tej drugiej nie wolno oderwać od ziemi. To oznacza, że w kluczowym momencie ruchu dotykasz gruntu czubkiem pięty jednej stopy i dużym palcem drugiej. Jest to możliwe tylko wtedy, jeśli barki pracują na jednym poziomie, a ramiona dynamicznie "pchają" chodziarza do przodu. Proszę samemu spróbować.
Jak szybko przyniósł efekty profesjonalny trening?
Rok po klęsce w Poznaniu zdobyłem mistrzostwo Polski juniorów. To zaskoczyło wszystkich. Jeszcze wielokrotnie musiałem udowadniać, że to nie był przypadek.
Co to znaczy?
W 1990 roku na przykład cztery razy musiałem zdobyć minimum kwalifikacyjne, aby Polski Związek Lekkiej Atletyki dopuścił mnie do startu w mistrzostwach Europy w Splicie. Ostatnie, czwarte minimum zaliczałem dwa tygodnie przed imprezą.
To wystarczy, żeby organizm doszedł do siebie przed kolejnymi zawodami?
Nie wystarczy. Zaraz po starcie ważę mniej więcej tyle, co przed startem. Ale to tylko pozór. Ubytek masy kompensuję, pijąc wodę - wypijam około siedmiu litrów podczas każdego wyścigu na 50 km. Już następnego dnia jestem lżejszy o jakieś dwa kilogramy.
Dlaczego?
Bo podczas 50-kilometrowego maratonu organizm spala około 10tys. kcal. Budzę się więc i mam szalony apetyt, jem co dwie, trzy godziny. I tak przez kilka dni.
A ból?
Zaraz po zawodach nic nie boli. Organizm jest rozgrzany, niesiony euforią. Ale następnego dnia się zaczyna... To przypomina ciężką grypę - gorączka, ból w mięśniach, ból w stawach. Po Paryżu nie wytrzymywałem, brałem proszki przeciwbólowe.
Skąd ten ból?
Organizm jest zatruty tzw. metabolitami wysiłku: amoniakiem, kwasem mlekowym. To trwa jakieś cztery dni. Potem odczuwam normalne zmęczenie. Po dziesięciu dniach od startu organizm jest gotowy do rozpoczęcia treningu, ale jeszcze nie na pełnych obrotach. Pełna regeneracja trwa jakiś miesiąc. I dlatego w Splicie byłem czwarty. Chociaż był to chód "tylko" na 20 km, gdybym nie męczył się wcześniej cztery razy, być może powalczyłbym o medal. Ale i tak właśnie wtedy zrozumiałem, że inni zawodnicy są zbudowani z tej samej gliny. Postawiłem na sport.
I samotność, dziesiątki, setki kilometrów z samym sobą.
Fakt, wciąż trudno znaleźć sparingpartnerów, którzy dotrzymaliby mi kroku. Ale czy jestem samotny? Solowy trening trwa zaledwie dwie, trzy godziny dziennie. Wielu ludzi dużo by dało, żeby przez te dwie godziny być sam ze sobą, skoncentrowanym wyłącznie na tym, co się robi w danej chwili. Do tego trenuję zwykle w pięknych miejscach. Teraz jestem na Maderze - treningu na skalnych półkach zawieszonych dwieście metrów nad oceanem nie zamieniłbym na żadną inną pracę. Ale i tak wolę trening w grupie; nie, zdecydowanie nie pasuję do szablonu "samotność długodystansowca".
W 1992 roku w jakiś sposób wybrał Pan jednak samotność i wyjechał do Francji.
To nie było żadne dramatyczne zerwanie z Polską, zmiana ojczyzny, zmiana reprezentacji. Wciąż startowałem w barwach AZS AWF Katowice. Po prostu chciałem się dobrze przygotować do igrzysk w Barcelonie, więc wziąłem urlop dziekański. I nie byłem sam, bo wkrótce przyjechała do mnie żona, która spodziewała się dziecka. W tym czasie nie byłem w stanie utrzymać się z pieniędzy, które dostawałem w Polsce, więc musiałem korzystać z pomocy francuskiego klubu. Początek lat 90. to był naprawdę trudny okres dla polskich sportowców. Skończyły się dotacje państwowe, talony na samochód, mieszkania, załamał się system stypendiów.
A we Francji?
W Katowicach mieliśmy z żoną pokój w akademiku. We Francji zamieszkałem w domku przy stadionie, jednym ze zbudowanych specjalnie na igrzyska olimpijskie w 1924 roku. Salon, sypialnia, pokój na poddaszu, kuchnia i telefon. W Katowicach telefon był tylko w recepcji, więc jak się miałem kontaktować z menedżerem, który pracuje we Francji? Nie bez znaczenia była też chociażby lepsza pogoda do treningów. Do tego fantastyczna atmosfera między zawodnikami klubu Racing Club de France - przychodziliśmy oglądać swoje treningi, spotykaliśmy się dwa, trzy razy w tygodniu po prostu, żeby pogadać, urządzaliśmy grilla. Gdybym wyjechał wcześniej, pewnie byłbym zmuszony do jakichś dramatycznych decyzji, pewnie musiałbym przyjąć obce obywatelstwo. A ja już nie musiałem. Mogłem wyjechać, osiągnąć cel i wrócić.
Ale łatwo nie było - podczas wyścigu na 50 km w Barcelonie w 1992 roku sędziowie ściągnęli Pana z trasy w bramie stadionu, gdy właściwie miał Pan srebrny medal w kieszeni.
"L'Equipe" napisał wtedy, że zawaliło się na mnie niebo. Nie, nie zawaliło się. Barcelona oznaczała, że niebo było wciąż dla mnie zamknięte, ale ja już wiedziałem, gdzie jest furtka. W tamtym sezonie miałem najlepszy czas na 50 km i w swoim drugim w karierze starcie na tym dystansie miałem szansę na medal olimpijski. Zostałem wykluczony tuż przed metą, to bolało, ale nie spędzało snu z powiek. Tymczasem wszyscy chcieli ode mnie usłyszeć, że to tragedia, że jestem załamany, mam dość. Nikt nie starał się zajrzeć głębiej, a przecież to była dla mnie ważna lekcja.
Dwa tygodnie po dyskwalifikacji w Barcelonie urodziła się Pańska córka.
To też mi bardzo pomogło. Pochłonęła mnie rodzina, więc nie rozpamiętywałem klęski. Pamiętam, poród zaczął się, kiedy w telewizji oglądaliśmy lekkoatletyczny mityng w Zurychu... Urodziny Angeliki były dla mnie kolejnym cywilizacyjnym szokiem - o takiej opiece, o możliwości bycia przy żonie w chwili narodzin dziecka w Polsce w tamtym czasie nie można było nawet marzyć. Oczywiście Angelika jest Polką, zarejestrowaną oficjalnie w paryskiej ambasadzie. Może w przyszłości wystąpić o obywatelstwo francuskie, ma do tego prawo, ale nie sądzę, bo po co? Przecież w przyszłym roku będziemy już wszyscy w Unii.
A więc jednak to nie 1992 rok był najbardziej dramatyczny w Pańskiej karierze...
Najtrudniejszy był rok następny. Zaczął się dobrze, złotym medalem na halowych mistrzostwach świata w Toronto, ale potem... W mistrzostwach świata w Stuttgarcie w 1993 roku znowu była dyskwalifikacja na 50 kilometrów. Zdjęli mnie trzy kilometry przed metą. Do tego skończyła się współpraca z Racingiem. Francuzi przebudowywali klub i nie było już w nim miejsca dla lekkoatletów. W Polsce straciłem miejsce w reprezentacji olimpijskiej na Atlantę. Nie miałem żadnego etatu, żadnej pracy. Znajomi, przyjaciele i wrogowie zgodnie mówili, żebym dał sobie spokój ze sportem. Byłem bliski zwątpienia.
Ale...
...postanowiłem jeszcze wystartować w Zamościu na mistrzostwach Polski, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy stać mnie na dobry wynik. Wypadłem bardzo dobrze. W trudnych warunkach pobiłem rekord Polski, choć niedawno przeszedłem 47 km w Stuttgarcie. Znów poczułem, że mimo niepowodzenia w Stuttgarcie, mimo krytyki jestem tylko krok od sukcesu. Tymczasem nawet trener Krzysztof Kisiel był zniechęcony do pracy ze mną. Trzeba było podjąć ryzyko. Trener Kisiel dał się przekonać, pomógł klub Wawel, który dał mieszkanie. Za 5 min zł (obecnie 500 zł) miesięcznie pracowałem tak jak zawsze. Byłem jednak trochę poza nawiasem wielkiej, światowej lekkiej atletyki. Zimą z 1993 na 1994 rok trenowałem na krakowskich Błoniach i w podkrakowskich wioskach. To była ostra zima.
Zmieniła Pana?
To była radykalna zmiana. Nabrałem pokory. W 1994 roku byłem już mniej agresywny na trasie. Wiedziałem, że technicznie jestem coraz lepszy. I rzeczywiście, coraz mniej dostawałem kartek z ostrzeżeniami od sędziów.
Kiedy Pan się odbił od tego sportowego dna?
Najważniejsze zawody w moim życiu to mistrzostwa Europy w Helsinkach, właśnie w 1994 roku. Gdybym nie zajął w nich miejsca w pierwszej szóstce, byłoby po mnie. Nie miałbym argumentów w walce o igrzyska olimpijskie w Atlancie. Miałem za sobą rok wyrzeczeń, czułem się odpowiedzialny za rodzinę. Nie mogłem sobie pozwolić na trzymanie się sportu bez względu na wyniki. W pierwszym starcie - na 20 kilometrów - zostałem zdyskwalifikowany. Na 12 minut przed decydującym startem na 50 km zatrzasnąłem się w toalecie i nie mogłem wyjść. Zamek się kręcił dookoła. Krzyczałem, waliłem w drzwi, ale bez skutku, nikogo nie było w szatni. Dopiero po chwili zauważyłem, że zdołam się przecisnąć przez szczelinę pod drzwiami... Na trasie byli tylko dwaj trenerzy, którzy mogli mi doradzić, pomóc, a na stadionie dziennikarze przyjmowali zakłady, na którym kilometrze sędziowie mnie zdejmą. Sami mi się potem chwalili. Przyszedłem piąty. Dzięki temu miałem czas na przygotowanie się do Atlanty, do pierwszego złotego medalu olimpijskiego.
Rok po klęsce w Poznaniu zdobyłem mistrzostwo Polski juniorów. To zaskoczyło wszystkich. Jeszcze wielokrotnie musiałem udowadniać, że to nie był przypadek.
Co to znaczy?
W 1990 roku na przykład cztery razy musiałem zdobyć minimum kwalifikacyjne, aby Polski Związek Lekkiej Atletyki dopuścił mnie do startu w mistrzostwach Europy w Splicie. Ostatnie, czwarte minimum zaliczałem dwa tygodnie przed imprezą.
To wystarczy, żeby organizm doszedł do siebie przed kolejnymi zawodami?
Nie wystarczy. Zaraz po starcie ważę mniej więcej tyle, co przed startem. Ale to tylko pozór. Ubytek masy kompensuję, pijąc wodę - wypijam około siedmiu litrów podczas każdego wyścigu na 50 km. Już następnego dnia jestem lżejszy o jakieś dwa kilogramy.
Dlaczego?
Bo podczas 50-kilometrowego maratonu organizm spala około 10tys. kcal. Budzę się więc i mam szalony apetyt, jem co dwie, trzy godziny. I tak przez kilka dni.
A ból?
Zaraz po zawodach nic nie boli. Organizm jest rozgrzany, niesiony euforią. Ale następnego dnia się zaczyna... To przypomina ciężką grypę - gorączka, ból w mięśniach, ból w stawach. Po Paryżu nie wytrzymywałem, brałem proszki przeciwbólowe.
Skąd ten ból?
Organizm jest zatruty tzw. metabolitami wysiłku: amoniakiem, kwasem mlekowym. To trwa jakieś cztery dni. Potem odczuwam normalne zmęczenie. Po dziesięciu dniach od startu organizm jest gotowy do rozpoczęcia treningu, ale jeszcze nie na pełnych obrotach. Pełna regeneracja trwa jakiś miesiąc. I dlatego w Splicie byłem czwarty. Chociaż był to chód "tylko" na 20 km, gdybym nie męczył się wcześniej cztery razy, być może powalczyłbym o medal. Ale i tak właśnie wtedy zrozumiałem, że inni zawodnicy są zbudowani z tej samej gliny. Postawiłem na sport.
I samotność, dziesiątki, setki kilometrów z samym sobą.
Fakt, wciąż trudno znaleźć sparingpartnerów, którzy dotrzymaliby mi kroku. Ale czy jestem samotny? Solowy trening trwa zaledwie dwie, trzy godziny dziennie. Wielu ludzi dużo by dało, żeby przez te dwie godziny być sam ze sobą, skoncentrowanym wyłącznie na tym, co się robi w danej chwili. Do tego trenuję zwykle w pięknych miejscach. Teraz jestem na Maderze - treningu na skalnych półkach zawieszonych dwieście metrów nad oceanem nie zamieniłbym na żadną inną pracę. Ale i tak wolę trening w grupie; nie, zdecydowanie nie pasuję do szablonu "samotność długodystansowca".
W 1992 roku w jakiś sposób wybrał Pan jednak samotność i wyjechał do Francji.
To nie było żadne dramatyczne zerwanie z Polską, zmiana ojczyzny, zmiana reprezentacji. Wciąż startowałem w barwach AZS AWF Katowice. Po prostu chciałem się dobrze przygotować do igrzysk w Barcelonie, więc wziąłem urlop dziekański. I nie byłem sam, bo wkrótce przyjechała do mnie żona, która spodziewała się dziecka. W tym czasie nie byłem w stanie utrzymać się z pieniędzy, które dostawałem w Polsce, więc musiałem korzystać z pomocy francuskiego klubu. Początek lat 90. to był naprawdę trudny okres dla polskich sportowców. Skończyły się dotacje państwowe, talony na samochód, mieszkania, załamał się system stypendiów.
A we Francji?
W Katowicach mieliśmy z żoną pokój w akademiku. We Francji zamieszkałem w domku przy stadionie, jednym ze zbudowanych specjalnie na igrzyska olimpijskie w 1924 roku. Salon, sypialnia, pokój na poddaszu, kuchnia i telefon. W Katowicach telefon był tylko w recepcji, więc jak się miałem kontaktować z menedżerem, który pracuje we Francji? Nie bez znaczenia była też chociażby lepsza pogoda do treningów. Do tego fantastyczna atmosfera między zawodnikami klubu Racing Club de France - przychodziliśmy oglądać swoje treningi, spotykaliśmy się dwa, trzy razy w tygodniu po prostu, żeby pogadać, urządzaliśmy grilla. Gdybym wyjechał wcześniej, pewnie byłbym zmuszony do jakichś dramatycznych decyzji, pewnie musiałbym przyjąć obce obywatelstwo. A ja już nie musiałem. Mogłem wyjechać, osiągnąć cel i wrócić.
Ale łatwo nie było - podczas wyścigu na 50 km w Barcelonie w 1992 roku sędziowie ściągnęli Pana z trasy w bramie stadionu, gdy właściwie miał Pan srebrny medal w kieszeni.
"L'Equipe" napisał wtedy, że zawaliło się na mnie niebo. Nie, nie zawaliło się. Barcelona oznaczała, że niebo było wciąż dla mnie zamknięte, ale ja już wiedziałem, gdzie jest furtka. W tamtym sezonie miałem najlepszy czas na 50 km i w swoim drugim w karierze starcie na tym dystansie miałem szansę na medal olimpijski. Zostałem wykluczony tuż przed metą, to bolało, ale nie spędzało snu z powiek. Tymczasem wszyscy chcieli ode mnie usłyszeć, że to tragedia, że jestem załamany, mam dość. Nikt nie starał się zajrzeć głębiej, a przecież to była dla mnie ważna lekcja.
Dwa tygodnie po dyskwalifikacji w Barcelonie urodziła się Pańska córka.
To też mi bardzo pomogło. Pochłonęła mnie rodzina, więc nie rozpamiętywałem klęski. Pamiętam, poród zaczął się, kiedy w telewizji oglądaliśmy lekkoatletyczny mityng w Zurychu... Urodziny Angeliki były dla mnie kolejnym cywilizacyjnym szokiem - o takiej opiece, o możliwości bycia przy żonie w chwili narodzin dziecka w Polsce w tamtym czasie nie można było nawet marzyć. Oczywiście Angelika jest Polką, zarejestrowaną oficjalnie w paryskiej ambasadzie. Może w przyszłości wystąpić o obywatelstwo francuskie, ma do tego prawo, ale nie sądzę, bo po co? Przecież w przyszłym roku będziemy już wszyscy w Unii.
A więc jednak to nie 1992 rok był najbardziej dramatyczny w Pańskiej karierze...
Najtrudniejszy był rok następny. Zaczął się dobrze, złotym medalem na halowych mistrzostwach świata w Toronto, ale potem... W mistrzostwach świata w Stuttgarcie w 1993 roku znowu była dyskwalifikacja na 50 kilometrów. Zdjęli mnie trzy kilometry przed metą. Do tego skończyła się współpraca z Racingiem. Francuzi przebudowywali klub i nie było już w nim miejsca dla lekkoatletów. W Polsce straciłem miejsce w reprezentacji olimpijskiej na Atlantę. Nie miałem żadnego etatu, żadnej pracy. Znajomi, przyjaciele i wrogowie zgodnie mówili, żebym dał sobie spokój ze sportem. Byłem bliski zwątpienia.
Ale...
...postanowiłem jeszcze wystartować w Zamościu na mistrzostwach Polski, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, czy stać mnie na dobry wynik. Wypadłem bardzo dobrze. W trudnych warunkach pobiłem rekord Polski, choć niedawno przeszedłem 47 km w Stuttgarcie. Znów poczułem, że mimo niepowodzenia w Stuttgarcie, mimo krytyki jestem tylko krok od sukcesu. Tymczasem nawet trener Krzysztof Kisiel był zniechęcony do pracy ze mną. Trzeba było podjąć ryzyko. Trener Kisiel dał się przekonać, pomógł klub Wawel, który dał mieszkanie. Za 5 min zł (obecnie 500 zł) miesięcznie pracowałem tak jak zawsze. Byłem jednak trochę poza nawiasem wielkiej, światowej lekkiej atletyki. Zimą z 1993 na 1994 rok trenowałem na krakowskich Błoniach i w podkrakowskich wioskach. To była ostra zima.
Zmieniła Pana?
To była radykalna zmiana. Nabrałem pokory. W 1994 roku byłem już mniej agresywny na trasie. Wiedziałem, że technicznie jestem coraz lepszy. I rzeczywiście, coraz mniej dostawałem kartek z ostrzeżeniami od sędziów.
Kiedy Pan się odbił od tego sportowego dna?
Najważniejsze zawody w moim życiu to mistrzostwa Europy w Helsinkach, właśnie w 1994 roku. Gdybym nie zajął w nich miejsca w pierwszej szóstce, byłoby po mnie. Nie miałbym argumentów w walce o igrzyska olimpijskie w Atlancie. Miałem za sobą rok wyrzeczeń, czułem się odpowiedzialny za rodzinę. Nie mogłem sobie pozwolić na trzymanie się sportu bez względu na wyniki. W pierwszym starcie - na 20 kilometrów - zostałem zdyskwalifikowany. Na 12 minut przed decydującym startem na 50 km zatrzasnąłem się w toalecie i nie mogłem wyjść. Zamek się kręcił dookoła. Krzyczałem, waliłem w drzwi, ale bez skutku, nikogo nie było w szatni. Dopiero po chwili zauważyłem, że zdołam się przecisnąć przez szczelinę pod drzwiami... Na trasie byli tylko dwaj trenerzy, którzy mogli mi doradzić, pomóc, a na stadionie dziennikarze przyjmowali zakłady, na którym kilometrze sędziowie mnie zdejmą. Sami mi się potem chwalili. Przyszedłem piąty. Dzięki temu miałem czas na przygotowanie się do Atlanty, do pierwszego złotego medalu olimpijskiego.
Teraz, z dystansu, jak Pan ocenia swoje dyskwalifikacje w Barcelonie, w Stuttgarcie, w Helsinkach? Błędy techniczne, a może zbyt wielka ambicja w porównaniu z możliwościami?
W Barcelonie dwa pierwsze ostrzeżenia, do 35. kilometra, były spowodowane moimi błędami. Ale tych decydujących, na ostatnim okrążeniu, i trzech wniosków o dyskwalifikację nie jestem w stanie do dziś zrozumieć.
Może jednak był Pan tak zmęczony, że błędy popełnił Pan mimochodem, a sędziowie to wychwycili?
Ale ja zwolniłem, pilnowałem techniki. Potem oglądałem mój występ, analizowałem dziesiątki razy i jestem pewien, że podczas tych ostatnich kilometrów nie szedłem gorzej niż na początku zawodów. W Stuttgarcie rzeczywiście popełniłem strategiczny błąd: byłem arogancki, uciekając niedługo po starcie. Jeszcze przed dziesiątym kilometrem dostałem dwie kartki. Gdy dostałem pierwszą, zacząłem myśleć, jak iść lepiej technicznie. Chciałem przypodobać się sędziom. A powinienem o nich zapomnieć, w pełni zautomatyzować chód. W trakcie zawodów nie ma czasu na myślenie o technice. Ona musi zostać przyswojona przez mózg i automatycznie stosowana jako model ruchu, bez udziału świadomości.
Spotkał się Pan z sędzią, który zdyskwalifikował Pana w Barcelonie?
Staramy się nie wracać do przeszłości, choć jeden z nich powiedział jakiś czas temu: "Warto było ci wtedy przyłożyć. Inaczej nie byłbyś tu, gdzie teraz jesteś". Miał trochę racji. Po serii dyskwalifikacji przyłożyłem się do techniki, podglądałem Rosjan, Niemców i Włochów, którzy nie dostawali ostrzeżeń od sędziów. Ale trzeba też pamiętać, że Korzeniowski sprzed 1996 roku, kiedy został po raz pierwszy mistrzem olimpijskim, i ten z 1991 roku to dwa różne ciała.
Jak to?
W Atlancie byłem już ukształtowanym zawodnikiem. Wcześniej byłem rozwijającym się, wciąż zmieniającym organizmem. A w wypadku długich dystansów czasem drobiazg, mała korekta, może zmienić wszystko. W moim przypadku chodziło o rotację ciała związaną ze skrzywieniem kręgosłupa. Podczas badania na specjalnej wadze okazało się, że różnica w nacisku moich stóp na podłoże wynosi - uwaga! - 14 kg. 23 kg w lewej nodze i 37 na prawej! Stąd się brały kontuzje, kłopoty z kręgosłupem. Dostałem wkładkę wyrównującą. Przez kilka lat miałem ją w butach, wada się zmniejszała, ale wciąż jednak się utrzymywała. Ostatni raz wystartowałem w tej wkładce w 1997 roku, potem lekarz stwierdził, że wada ustąpiła.
A gdyby skonstruowano urządzenie, które kontroluje chód zawodnika i wychwytuje tę osławioną fazę lotu, kiedy stopy zawodnika odrywają się od ziemi, kiedy zamiast iść - biegnie.
Były takie próby, wydano na to sporo pieniędzy. Kilka lat temu pojawiła się nawet informacja, że system został opracowany i że będziemy z niego korzystać podczas zawodów. Byłem zdziwiony, bo gdyby faktycznie coś takiego wynaleziono, powinienem być pierwszym, który to przetestuje. Popełniono jednak błąd: badacze skupili się na bucie, na czujnikach w podeszwie. To zły kierunek, bo musielibyśmy stosować takie same buty, a to jest niemożliwe, każdy ma inne preferencje. Czujnik musiałby objąć całą podeszwę, co technicznie jest dość trudne. Problemem jest też zużycie buta podczas zawodów. Badania powinny pójść w kierunku nie monitorowania stopy, ale środka ciężkości zawodnika. Gdy zawodnik biegnie, środek ciężkości przemieszcza się gwałtownie w górę i w dół, gdy idzie - wahania są mniejsze i bardziej płynne. Kiedy ktoś ma idealną technikę, są naprawdę minimalne. Taki system byłby bardzo potrzebny, ale musiałby być tak prosty i precyzyjny jak np. system mierzenia tętna stosowany przez firmę Polar umieszczony w zegarku. Zresztą nie demonizujmy tej fazy lotu - ten problem pojawia się na zawodach, ale nie jest jedynym powodem dyskwalifikacji, bo przecież istnieje jeszcze kryterium wyprostowanego kolana u nogi, którą stawiamy na pięcie. Najczęściej zresztą wykluczani są ci zawodnicy, którzy nie mają już siły iść prawidłowo technicznie i na skutek słabszego przygotowania nie panują nad tym, co robią. Nie jestem w formie, nie idzie mi, popełniam błędy. Rzadko kiedy, naprawdę bardzo rzadko, zawodnik zaczyna biec świadomie. Ale tak było w czasie igrzysk w Sydney w 2000 roku, kiedy Meksykanin Bernardo Segura ewidentnie zaryzykował i wydłużył fazę lotu.
Segura w końcówce wyścigu na 20 km bardzo mocno finiszował, wyprzedził Pana w tunelu prowadzącym do bramy stadionu, ale za metą okazało się, że sędziowie go zdyskwalifikowali. Złoto było Pańskie.
Ja nie chciałem ryzykować tak jak Segura. Miałem zbyt dużo przykrych wypadków... Do końca zachowałem czyste konto, jeśli chodzi o ostrzeżenia sędziowskie. On miał ich dwa jeszcze na 15 km. Ja starałem się narzucić wszystkim bardzo ostre równe tempo. Meksykanin zaczął mnie gonić, bo miał ponad 80 m straty na 4 km przed metą. Postawił wszystko na jedną kartę - na finisz. Jak się później okazało, moja taktyka była bezpieczniejsza, a z pewnością bardziej chodziarska. Wykorzystałem w tym wyścigu jeden z moich atutów - siłę w podejściach pod górę. Segura i kilku innych Meksykanów, także Rosjan, to specjaliści od takich "latających końcówek". Oni trenują je, aby w razie czego, kiedy sytuacja jest trudna, zaryzykować. Całe szczęście, że w moim wypadku zasada fair play mogła wziąć górę.
Tydzień później zdobył Pan bezdyskusyjnie złoto na 50 kilometrów i wciąż jest Pan niepokonany. A jednak przygotowuje się Pan do życia po sporcie. Jakie ma Pan plany?
Od jakiegoś czasu musiałem używać poprzerabianych modeli butów sprzed lat, bo nowych, dobrych nie było. Postanowiłem więc, że sam będę takie buty robił. Stąd pomysł na firmę Walker. Walker to ja, pomyślałem więc, że warto spróbować w ostatnich latach kariery wypromować własną markę, zbudować coś, co mogłoby być zaczątkiem nowego biznesu i wypełniłoby lukę, jaka istnieje na rynku.
Jaką lukę?
W Polsce nie ma sprzętu sportowego dla dzieci i młodzieży. Jeśli pójdziemy do jakiegokolwiek sklepu sportowego w Polsce z poważnymi markami, okaże się, że znalezienie spodenek sportowych dla dziecka, małego dresu graniczy z cudem. Robi się pokazówki, np. dresik lub buciki dla półtorarocznego dziecka. Ale to nie jest sprzęt, jakiego dzieciaki potrzebują na wf., do uprawiania sportu. Czy projekt odniesie sukces? Wierzę, że tak.
Na razie jednak nie ma na rynku żadnej kolekcji z logo Walker.
Walker powstał dwa lata temu. Potem trzeba było zrobić badania rynku, znaleźć partnerów. W tym roku wyprodukowaliśmy pierwszą spójną kolekcję, którą pokazaliśmy na targach w Poznaniu. Mamy znakomity odzew z rynku. Jak na narodziny marki to jest bardzo krótki czas.
Firma współtworząca Walkera - sosnowiecki Dynamie - przeżywa kłopoty finansowe. Szuka inwestora, który odkupi połowę udziałów. Zdaje się, że przeinwestowała. Czy to oznacza kłopoty dla Walkera?
Z firmą Dynamic zaczęliśmy współpracę jesienią ubiegłego roku, a w czerwcu tego roku rozstaliśmy się. I wygląda na to, że miałem rację.
Kiedy pojawi się więc w sklepach pierwszy but marki Walker?
Cały czas prowadzę rozmowy w tej sprawie. Myślę, że walkery będą w sprzedaży wiosną 2004 roku. To nie będzie przerobiony but jakiejś innej marki. Będzie oryginalny. Na pewno produkcję zorganizujemy w Azji. Będziemy produkować buty wyczynowe, dla sportowców takich jak ja i dla maratończyków; buty ogólnosportowe - wygodne do chodzenia i wszelkiej aktywności i wreszcie buty "po sporcie", na plażę chociażby. Nie robię sobie złudzeń, że odbiorę wielkim firmom znaczącą część rynku, ale uważam, że mogę dotrzeć do ludzi, którzy markowego sprzętu nie kupowali bądź szukali czegoś nowego, innego, niż noszą wszyscy. Udziały w rynku polskim rzędu kilkunastu procent w przyszłości są do osiągnięcia. Ale nie w pojedynkę. Muszę się połączyć z firmami, które już coś w tym biznesie potrafią.
Na razie przygotowuje się Pan do igrzysk w Atenach. Już teraz jednak wszyscy się martwią, że nie ma Pan następców. Może Pańskie rodzeństwo?
Moi młodsi bracia, poza epizodami, nie uprawiają profesjonalnego sportu. Ale moja siostra Sylwia zaskoczyła mnie kompletnie, kiedy w wieku 13 lat przyszła do mnie i poprosiła o plan treningowy. Za trzy tygodnie startowała w Tarnobrzegu na trzy kilometry. Dwa razy pytałem, czy naprawdę tego chce. Chciała. Zrealizowała plan i wygrała. Sukces ją pociągnął, choć wydaje mi się, że w jej wypadku motywacja była związana przede wszystkim z chęcią utrzymania ładnej sylwetki. Ale innej sportowej drogi w Tarnobrzegu raczej nie ma. Na stadionie Siarki już trzeci tor nie nadaje się do biegu. Więc wciąż chody albo długie dystanse. Może znów, z tego niedostatku, narodzi się mistrz.
Wiele mówi się o konflikcie między Panem a szefową PZLA Ireną Szewińską. W Paryżu uparcie krążyła plotka, że prezes Szewińską odmówiła dekorowania Pana złotym medalem, tymczasem była to dla niej jedyna okazja, bo zdobył Pan jedyny medal dla Polski.
Nie komentuję plotek. Dekorował nas Australijczyk. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby zrobił to przedstawiciel polskiej federacji, ale tragedii nie było. Może w czasie igrzysk w Atenach zasłużę sobie na to, aby dostać medal z rąk prezesa PZLA.
W Barcelonie dwa pierwsze ostrzeżenia, do 35. kilometra, były spowodowane moimi błędami. Ale tych decydujących, na ostatnim okrążeniu, i trzech wniosków o dyskwalifikację nie jestem w stanie do dziś zrozumieć.
Może jednak był Pan tak zmęczony, że błędy popełnił Pan mimochodem, a sędziowie to wychwycili?
Ale ja zwolniłem, pilnowałem techniki. Potem oglądałem mój występ, analizowałem dziesiątki razy i jestem pewien, że podczas tych ostatnich kilometrów nie szedłem gorzej niż na początku zawodów. W Stuttgarcie rzeczywiście popełniłem strategiczny błąd: byłem arogancki, uciekając niedługo po starcie. Jeszcze przed dziesiątym kilometrem dostałem dwie kartki. Gdy dostałem pierwszą, zacząłem myśleć, jak iść lepiej technicznie. Chciałem przypodobać się sędziom. A powinienem o nich zapomnieć, w pełni zautomatyzować chód. W trakcie zawodów nie ma czasu na myślenie o technice. Ona musi zostać przyswojona przez mózg i automatycznie stosowana jako model ruchu, bez udziału świadomości.
Spotkał się Pan z sędzią, który zdyskwalifikował Pana w Barcelonie?
Staramy się nie wracać do przeszłości, choć jeden z nich powiedział jakiś czas temu: "Warto było ci wtedy przyłożyć. Inaczej nie byłbyś tu, gdzie teraz jesteś". Miał trochę racji. Po serii dyskwalifikacji przyłożyłem się do techniki, podglądałem Rosjan, Niemców i Włochów, którzy nie dostawali ostrzeżeń od sędziów. Ale trzeba też pamiętać, że Korzeniowski sprzed 1996 roku, kiedy został po raz pierwszy mistrzem olimpijskim, i ten z 1991 roku to dwa różne ciała.
Jak to?
W Atlancie byłem już ukształtowanym zawodnikiem. Wcześniej byłem rozwijającym się, wciąż zmieniającym organizmem. A w wypadku długich dystansów czasem drobiazg, mała korekta, może zmienić wszystko. W moim przypadku chodziło o rotację ciała związaną ze skrzywieniem kręgosłupa. Podczas badania na specjalnej wadze okazało się, że różnica w nacisku moich stóp na podłoże wynosi - uwaga! - 14 kg. 23 kg w lewej nodze i 37 na prawej! Stąd się brały kontuzje, kłopoty z kręgosłupem. Dostałem wkładkę wyrównującą. Przez kilka lat miałem ją w butach, wada się zmniejszała, ale wciąż jednak się utrzymywała. Ostatni raz wystartowałem w tej wkładce w 1997 roku, potem lekarz stwierdził, że wada ustąpiła.
A gdyby skonstruowano urządzenie, które kontroluje chód zawodnika i wychwytuje tę osławioną fazę lotu, kiedy stopy zawodnika odrywają się od ziemi, kiedy zamiast iść - biegnie.
Były takie próby, wydano na to sporo pieniędzy. Kilka lat temu pojawiła się nawet informacja, że system został opracowany i że będziemy z niego korzystać podczas zawodów. Byłem zdziwiony, bo gdyby faktycznie coś takiego wynaleziono, powinienem być pierwszym, który to przetestuje. Popełniono jednak błąd: badacze skupili się na bucie, na czujnikach w podeszwie. To zły kierunek, bo musielibyśmy stosować takie same buty, a to jest niemożliwe, każdy ma inne preferencje. Czujnik musiałby objąć całą podeszwę, co technicznie jest dość trudne. Problemem jest też zużycie buta podczas zawodów. Badania powinny pójść w kierunku nie monitorowania stopy, ale środka ciężkości zawodnika. Gdy zawodnik biegnie, środek ciężkości przemieszcza się gwałtownie w górę i w dół, gdy idzie - wahania są mniejsze i bardziej płynne. Kiedy ktoś ma idealną technikę, są naprawdę minimalne. Taki system byłby bardzo potrzebny, ale musiałby być tak prosty i precyzyjny jak np. system mierzenia tętna stosowany przez firmę Polar umieszczony w zegarku. Zresztą nie demonizujmy tej fazy lotu - ten problem pojawia się na zawodach, ale nie jest jedynym powodem dyskwalifikacji, bo przecież istnieje jeszcze kryterium wyprostowanego kolana u nogi, którą stawiamy na pięcie. Najczęściej zresztą wykluczani są ci zawodnicy, którzy nie mają już siły iść prawidłowo technicznie i na skutek słabszego przygotowania nie panują nad tym, co robią. Nie jestem w formie, nie idzie mi, popełniam błędy. Rzadko kiedy, naprawdę bardzo rzadko, zawodnik zaczyna biec świadomie. Ale tak było w czasie igrzysk w Sydney w 2000 roku, kiedy Meksykanin Bernardo Segura ewidentnie zaryzykował i wydłużył fazę lotu.
Segura w końcówce wyścigu na 20 km bardzo mocno finiszował, wyprzedził Pana w tunelu prowadzącym do bramy stadionu, ale za metą okazało się, że sędziowie go zdyskwalifikowali. Złoto było Pańskie.
Ja nie chciałem ryzykować tak jak Segura. Miałem zbyt dużo przykrych wypadków... Do końca zachowałem czyste konto, jeśli chodzi o ostrzeżenia sędziowskie. On miał ich dwa jeszcze na 15 km. Ja starałem się narzucić wszystkim bardzo ostre równe tempo. Meksykanin zaczął mnie gonić, bo miał ponad 80 m straty na 4 km przed metą. Postawił wszystko na jedną kartę - na finisz. Jak się później okazało, moja taktyka była bezpieczniejsza, a z pewnością bardziej chodziarska. Wykorzystałem w tym wyścigu jeden z moich atutów - siłę w podejściach pod górę. Segura i kilku innych Meksykanów, także Rosjan, to specjaliści od takich "latających końcówek". Oni trenują je, aby w razie czego, kiedy sytuacja jest trudna, zaryzykować. Całe szczęście, że w moim wypadku zasada fair play mogła wziąć górę.
Tydzień później zdobył Pan bezdyskusyjnie złoto na 50 kilometrów i wciąż jest Pan niepokonany. A jednak przygotowuje się Pan do życia po sporcie. Jakie ma Pan plany?
Od jakiegoś czasu musiałem używać poprzerabianych modeli butów sprzed lat, bo nowych, dobrych nie było. Postanowiłem więc, że sam będę takie buty robił. Stąd pomysł na firmę Walker. Walker to ja, pomyślałem więc, że warto spróbować w ostatnich latach kariery wypromować własną markę, zbudować coś, co mogłoby być zaczątkiem nowego biznesu i wypełniłoby lukę, jaka istnieje na rynku.
Jaką lukę?
W Polsce nie ma sprzętu sportowego dla dzieci i młodzieży. Jeśli pójdziemy do jakiegokolwiek sklepu sportowego w Polsce z poważnymi markami, okaże się, że znalezienie spodenek sportowych dla dziecka, małego dresu graniczy z cudem. Robi się pokazówki, np. dresik lub buciki dla półtorarocznego dziecka. Ale to nie jest sprzęt, jakiego dzieciaki potrzebują na wf., do uprawiania sportu. Czy projekt odniesie sukces? Wierzę, że tak.
Na razie jednak nie ma na rynku żadnej kolekcji z logo Walker.
Walker powstał dwa lata temu. Potem trzeba było zrobić badania rynku, znaleźć partnerów. W tym roku wyprodukowaliśmy pierwszą spójną kolekcję, którą pokazaliśmy na targach w Poznaniu. Mamy znakomity odzew z rynku. Jak na narodziny marki to jest bardzo krótki czas.
Firma współtworząca Walkera - sosnowiecki Dynamie - przeżywa kłopoty finansowe. Szuka inwestora, który odkupi połowę udziałów. Zdaje się, że przeinwestowała. Czy to oznacza kłopoty dla Walkera?
Z firmą Dynamic zaczęliśmy współpracę jesienią ubiegłego roku, a w czerwcu tego roku rozstaliśmy się. I wygląda na to, że miałem rację.
Kiedy pojawi się więc w sklepach pierwszy but marki Walker?
Cały czas prowadzę rozmowy w tej sprawie. Myślę, że walkery będą w sprzedaży wiosną 2004 roku. To nie będzie przerobiony but jakiejś innej marki. Będzie oryginalny. Na pewno produkcję zorganizujemy w Azji. Będziemy produkować buty wyczynowe, dla sportowców takich jak ja i dla maratończyków; buty ogólnosportowe - wygodne do chodzenia i wszelkiej aktywności i wreszcie buty "po sporcie", na plażę chociażby. Nie robię sobie złudzeń, że odbiorę wielkim firmom znaczącą część rynku, ale uważam, że mogę dotrzeć do ludzi, którzy markowego sprzętu nie kupowali bądź szukali czegoś nowego, innego, niż noszą wszyscy. Udziały w rynku polskim rzędu kilkunastu procent w przyszłości są do osiągnięcia. Ale nie w pojedynkę. Muszę się połączyć z firmami, które już coś w tym biznesie potrafią.
Na razie przygotowuje się Pan do igrzysk w Atenach. Już teraz jednak wszyscy się martwią, że nie ma Pan następców. Może Pańskie rodzeństwo?
Moi młodsi bracia, poza epizodami, nie uprawiają profesjonalnego sportu. Ale moja siostra Sylwia zaskoczyła mnie kompletnie, kiedy w wieku 13 lat przyszła do mnie i poprosiła o plan treningowy. Za trzy tygodnie startowała w Tarnobrzegu na trzy kilometry. Dwa razy pytałem, czy naprawdę tego chce. Chciała. Zrealizowała plan i wygrała. Sukces ją pociągnął, choć wydaje mi się, że w jej wypadku motywacja była związana przede wszystkim z chęcią utrzymania ładnej sylwetki. Ale innej sportowej drogi w Tarnobrzegu raczej nie ma. Na stadionie Siarki już trzeci tor nie nadaje się do biegu. Więc wciąż chody albo długie dystanse. Może znów, z tego niedostatku, narodzi się mistrz.
Wiele mówi się o konflikcie między Panem a szefową PZLA Ireną Szewińską. W Paryżu uparcie krążyła plotka, że prezes Szewińską odmówiła dekorowania Pana złotym medalem, tymczasem była to dla niej jedyna okazja, bo zdobył Pan jedyny medal dla Polski.
Nie komentuję plotek. Dekorował nas Australijczyk. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby zrobił to przedstawiciel polskiej federacji, ale tragedii nie było. Może w czasie igrzysk w Atenach zasłużę sobie na to, aby dostać medal z rąk prezesa PZLA.